święto

Zbieram się ,powolutku pomalutku ... kolejny raz w  życiu .To życie przypomina sznur pereł która raz na jakiś czas pęka z hukiem i pięknę perły rozsypują się ...dziś nawlekam je na żyłkę... powoli delikatnie aby ich nie "spłoszyć " żeby nie uciekły z żyłki..... jeszcze to potrwa ,kilka dni ....źle było już od ubiegłej środy ....tak jak pisałam niżej ..... miałam świadomość że listopadowe święto będzie ciężkie do przeżycia.Z uśpioną depresją czyli trzeźwym umysłem nie będzie jak w latach ubiegłych na pół gwizdka gdzieś coś dziać obok mnie.Wiedziałam że muszę zrobić wszystko aby nie zgłupieć.Los sam zadecydował.W sobotę mieliśmy pogrzeb w rodzinnych stronach Pana M....Zmarł brat bliźniak teścia.Ponieważ ostatnio coraz częściej wychodzimy do ludzi postanowiliśmy że pomimo iż to dobre 150 km od nas to jednak pojedziemy.Z jednej strony smutek bo pogrzeb z drugiej w duszy po cichu cieszyłam się bo to było zajęcie dla mojego umysłu i na chwilę mogłam zapomnieć o swoim bólu i rozpaczy. Mieliśmy wracać po pogrzebie ,ale ku mojej uciesze wróciliśmy dopiero w niedzielę w południe.Na cmentarzu jedna ciotka ( siostra teściowej ) zaprosiłą nas na herbatkę i na ciasto.Pan M.... miał ochotę skapitulować i nigdzie nie jechać.Mój był palec w tym żebyśmy pojechali.Mało kiedy się z nimi spotykamy bo za wielka odległość między nami ( Lublin - Warszawa ) a ludzie fajni więc aż mi się chciało do nich jechać.Po za tym ileż można siedzieć jak dzikusy w domu.Po drodze okazało się że Pan M... został zaproszony przez brata na herbatkę co było niezłym wybrykiem bo osiem lat ze sobą nie rozmawiali! ! ! ! Najpierw pojechaliśmy do ciotki pogadaliśmy pojedliśmy ,mały kosmita wmurował mnie w podłogę swoim gadaniem,elokwencją,dialogiem jaki prowadził z ciocio-babcią aż łzy mi w oczach stawały chwilami.Po tej wizycie został do obskoczenia braciszek Pana M....To nie była łatwa sztuka do realizacji.Warto nadmienić że rodzina Pana M.... nigdy nie zaakceptowała mnie jako wybranki ich brata.Nienawidzili mnie uuuuu nieźle.Pan M... tez się od nich odwrócił.nie dość że rozwódka to jeszcze z inwentarzem to byłą hańba.Rodzinka i rodzeństwo spotyka się zawsze w komplecie na rodzinnych uroczystościach,wesela,chrzciny,komunie stawia się cały odpicowany komplecik a mało ich  nie jest bo wszystkich  7 plus swoje połówki i dzieci. A my wyklęci od początku trochę z własnego wyboru trochę z musu unikaliśmy takich  rodzinnych spędów.Nie jestem zadziorna ,kłótliwa,konfliktowa zawsze chciałam aby to rodzeństwo chociaż od święta mówiło sobie dzień dobry.Ale nic na siłę .Problem tkwił w tym że brat na herbatę zaprosił brata a o mnie zapomniał.A ja honorowa jestem i powiedziałam że Pan M....  sobie pójdzie a  ja z dziećmi zostanę w aucie!Bo mnie nikt nie prosił.Nawiasem mówiąc liczyłam że zostaniemy zaproszeni na miejscu. Pan M.... sztywno kręcił nosem na to ze każe mu jechać.A moje liczenie się nie omyliło .Na miejscu Pan M... wyszedł z auta a ja zostałam w środku o zgrozo braciszek i siostrzyczka pokwapili się zajrzeć do nas do auta i nas zaprosic na herbatkę!!!!!!!!!!!!!!!!!Takim sposobem swojego bratanka zobaczyli pierwszy raz od pięciu lat!Źle nie było .... przezyłam przetrwałam ......tę chorą wizytę.Korki na drogach ogromne więc na koniec pognaliśmy do bratowej z którą jako jedyną mamy od lat kontakt i zostaliśmy na noc.Jeden dzień pozwolił zapomnieć o zbliżającym się pierwszym listopadzie.Kosmity wniebowzięte bo u bratowej troje dzieci wiekowo podobnych do moich kosmitów więc miały z kim szaleć a my z bratową pogaduchy przy amaretto i znów mi się lżej chociaż na trochę zrobiło.W niedzielę odwiedziliśmy grób teściów i wróciliśmy do domu zjedliśmy obiad przebraliśmy się i ruszyliśmy na cmentarze.Ale ta szopka z grill budą i kram z breloczkami sprawiły że chyba bardziej zniesmaczona tym widokiem a nie złożona bólem wychodziłam z tego cmentarza z podkulonym ogonem jak bym chciała uciec,od tego miejsca nie oglądając się za siebie.Później pojechaliśmy do babuni.Jak wariat głaskałam zimną płytę połykając łzy czułam że w środku rozpaliło się niezłe ognisko.Ból i rozpacz że ja jadę do babuni z cała rodziną odwiedzić ją bo to nasze pierwsze wspólne święto a moja matka która ma rzut kamykiem na cmentarz nawet nie pofatygowała się żeby przyjść i ogarnąć grób ,zapalić jakiś lichy znicz!!!
To co uśpiłam przez sobotni wyjazd zaczęło ożywać i niszczyć wiedziałam że jeśli chce to wszystko przeżyć w jednym kawałku to muszę sobie znaleźć zajecie na te najbliższe dni.Pan M... nie nadąża za mną.Jeszcze w niedzielę na wieczór odmalowałam sufit w pokoju sama bez pomocy.W ubiegłym roku podczas odnawiania zostawiliśmy zmyty nieumalowany sufit bo po myciu zrobiła się na nim fajna mozaika którą mieliśmy zamalować gdyby się nam znudziła/.W następnej kolejności wyskrobałam cała kuchnię i też ją pomalowałam ale tu już z panem M.... .On malował ściany ja zajełam się starą boazerią którą odmalowałam na czerwony kolor.W poniedziałek koeljne cmentarze i kolejne groby zachwyt kosmitów nad milionem światełek migoczących w ciemności.W poniedziałek po południu dokończyliśmy kuchnie przestawiając i przewieszając szafki.Wczoraj zamówiłam nowe pięknę firanki i tak próbuje żyć..... od do ..... ledwo ale staram się trzymać......l 

2 komentarze:

Iczka pisze...

Bo Ci co stracili tak właśnie żyją ... od daty do daty ... od rocznicy do rocznicy... Co i rusz zbierając się i rozsypując...
Odejście bliskiego człowieka to takie sobie pole, na którym już nic nigdy już nie urośnie...

Marlena pisze...

i żyj Duszku żyj, jeszcze kilka miesięcy temu dominował u Ciebie sam smutek i żal, a teraz po malutki pojawiają się cudowne promyki, które rozświetlają to miejsce, nie wymażemy naszej przeszłości z pamięci, nie cofniemy czasu jednak wszystko to co przeszliśmy nie przekreśla naszej szansy na szczęście...ściskam mocno